Southern Coast

Home > Zwiedzanie > RPA
fale oceanu i piaszczyste plaże towarzyszyły nam podczas drogi wzdłuż wybrzeża

podczas drogi wzdłuż wybrzeża, towarzyszyły nam fale oceanu i piaszczyste plaże

Południowe wybrzeże RPA

Na mapie ładna, prosta, pozioma kreska a w rzeczywistości prawie dwa tysiące kilometrów drogami o różnym charakterze. Jak już przy drogach jesteśmy to pokrótce opowiem jak to tutaj wygląda. Teoretycznie literką N oznaczone są autostrady, są one czasami płatne, a czasami nie, lecz od czego to zależy, nie wiem, bo za zwykłą drogę o jednym pasie w każdym kierunku można sporo zapłacić, a coś w stylu naszej autostrady potrafi być bezpłatne. To ile i gdzie zapłacimy też jest na ogół sporą niespodzianką, czasem płacimy przy wjeździe, czasem przy wyjeździe, a czasem i tu i tu. Może się też tak zdarzyć, że wjeżdżamy na autostradę tyko na dwa kilometry, a płacimy na wjeździe za cały długi odcinek. Raz mieliśmy taką sytuację i te właśnie dwa kilometry kosztowały nas około 18zł. Dziwne, ale prawdziwe. Dodatkowo warto wiedzieć, że za autostrady płacimy gotówką, więc trzeba ją przy sobie mieć, no chyba, że jesteśmy posiadaczami południowoafrykańskich kart kredytowych, bo niestety polskie nie są tu honorowane. Tu tzn. na autostradzie, bo wszędzie indziej zapłacimy nimi bez problemu.

dla tak ciekawych widoków warto poświęcić trochę czasu na spacer pod górę

dla tak ciekawych widoków warto poświęcić trochę czasu na spacer pod górę

ciekawy pomnik w Heroes Park w East London

ciekawy pomnik w Heroes Park w East London

         

Nasza podróż wzdłuż wybrzeża, przez cały czas biegła drogą N2, w większości bezpłatną. Mimo, iż nazwana jest ona autostradą, to tego typu odcinków jest na niej niewiele. W wielu miejscach mamy po jednym pasie w każdym kierunku z dość szerokim poboczem, gdzie standardem jest, że zjeżdżamy na nie w celu puszczenia szybszych samochodów, lub tych które jadą nam na czołówkę wyprzedzając kogoś na przeciwnym pasie. Tam gdzie nie ma pobocza, na wielu odcinkach zrobiony jest też dodatkowy pas raz w jedną, raz w druga stronę, żeby można było spokojnie kogoś wyprzedzić. Niestety na tej samej drodze N2, zwłaszcza w terenie górzystym z krętymi ulicami, zdarzają się też wąskie odcinki bez pobocza, to jednak nie jest najgorsze, bo prawdziwą zmorą tej drogi są roboty drogowe, które występują tu bardzo często i prowadzone są na naprawdę długich odcinkach. Wygląda to tak, że na ogół mamy ruch wahadłowy, gdzie czekamy średnio 15 minut, a potem wleczemy się za tirem, który ma wielki problem z podjechaniem pod górkę. Są też roboty drogowe, gdzie ruch nadal jest obustronny, ale miejsca na swoim pasie mamy tyle, że przy większym aucie z naprzeciwka, musimy mocno zwolnić, żeby mieć pewność, że się zmieścimy. Dodatkowo na tej pseudo autostradzie są jeszcze dwa zagrożenia. Pierwsze to zwierzęta, głownie krowy, które chodzą sobie jak chcą, czasem się też zatrzymają, żeby na nas popatrzeć. W tej samej kategorii umieszczę też ludzi, których przy drodze jest bardzo dużo i nawet w miejscach, gdzie wyraźnie jest zakaz poruszanie się pieszo, a droga przypomina naszą autostradę, często ktoś przebiega, lub po prostu przechodzi. Druga niefajna rzecz, to małe miasta przez które przejeżdżamy. Wygląda to tak, że mamy szeroką ładną drogę z konkretnym poboczem i nagle zamienia się ona w coś w stylu deptaka, gdzie omijanie ludzi i straganów nie należy do łatwych i trzeba bardzo uważać żeby kogoś nie przejechać, nie mówiąc już o tym że nasza prędkość spada praktycznie do zera. Właśnie z tych powodów, do czasu jaki podaje nam nawigacja musimy doliczyć średnio 25%.

fale oceanu rozbijające się brzeg to bardzo fajny widok

fale oceanu rozbijające się o brzeg to bardzo fajny widok

zielone wybrzeże, małe domki i fale oceanu, bajeczny widok

zielone wybrzeże, małe domki i fale oceanu, bajeczny widok

         

Jakby to wszystko źle nie brzmiało, to nie było tak najgorzej. Drogę z Durbanu do Cape Town podzieliliśmy na cztery odcinki, jednak gdyby nie przerwa na wspinanie spokojnie można by to było zrobić w trzech turach, a zmęczenie drogą wynagradzają nam piękne widoki.

Etap pierwszy - trasa z Durbanu do East London

Tu nic ciekawego się nie działo. Był to jedyny dzień, gdzie większość czasu spędziliśmy w samochodzie i nie byłoby o czym opowiadać, gdyby nie nasze spotkanie z panem policjantem. Na wstępie zaznaczę, że generalnie to przepisów przestrzegamy zwłaszcza w obcych krajach. Tutejsi kierowcy też ich przestrzegają, ale raczej wybiórczo. Na niektórych podwójnych ciągłych nikt nie wyprzedza, a niektóre są po prostu olewane. Widzieliśmy np. samochód wyprzedzający policję właśnie na takim zakazie, samą policję łamiąca to prawo także, więc tym się chyba nikt nie przejmuje. Czerwone światła, wbrew obiegowej opinii, z reguły są przestrzegane, ale jak widać, że jest pusto to po co bez sensu stać, więc należy jechać i to jest akurat logiczne. To co jest dla nas zagadką to prędkość, bo tej większość kierowców trzyma się dokładnie, ale też są odcinki na których nie wiadomo czemu, wszyscy łącznie z policją, przepisy mają gdzieś. My staraliśmy się być grzeczni, lecz bez przesady, więc czasami braliśmy przykład z miejscowych.

ciekawy pomnik w Heroes Park w East London

ciekawy pomnik w Heroes Park w East London

pomnik i plac w Heroes Park w East London

pomnik i plac w Heroes Park w East London

         

Pierwszy incydent to droga w miasteczku z wielkimi spowalniaczami i dozwoloną prędkością 60km/h. Jechaliśmy zaledwie 67km/h, ale dwa błyski w fotoradarze oznajmiły nam, że to zdecydowanie za szybko, więc teraz z niecierpliwością czekamy jak bardzo to będzie dla nas surowa nauczka. Drugi raz to kręta droga z ograniczeniem do 80km/h. Tu wszyscy jechali grubo ponad stówę, a my tylko dziewięćdziesiąt parę, aż zza kolejnego zakrętu wyskoczył nam policjant z radarem. Najpierw konsternacja czy się zatrzymać, bo przecież czytaliśmy o fałszywych policjantach, ten jednak stał przy służbowym aucie, więc nie było wyjścia. Pan grzecznie nam oznajmił, że przekroczyliśmy dozwoloną prędkość o 20 km i zaczął wypisywać nam mandat na kwotę 750 Randów (około 220zł). Takiej sumy się nie spodziewaliśmy, gdy poprosił o nasze prawo jazdy daliśmy mu to co mieliśmy pod ręką, czyli prawko międzynarodowe. Nie za bardzo wiedział co z nim zrobić, zresztą nic dziwnego, bo zatytułowane jest ono po polsku, a dogrzebać się do informacji po angielsku, wcale nie jest w nim łatwo. Zapytał nas skąd jesteśmy, spojrzał z politowaniem i skończyło się na pouczeniu.

zwykły dzień na zwykłej ulicy w mieście East London

zwykły dzień na zwykłej ulicy w East London

piaszczyste wybrzeże oceanu w East London

piaszczyste wybrzeże oceanu w East London

         

Dalsza droga należała raczej do nudnych. Najpierw pola, potem slumsy i dużo zielonych pagórków. Ładnie, ale dość monotonnie. Cała droga, bez specjalnych przystanków, nie licząc spotkania z policją, tankowania i paru przestojów na robotach drogowych zajęła nam niecałe dziewięć godzin, aż wjechaliśmy w końcu do East London. Miasteczko od razu nam się spodobało. Niska kolonialna zabudowa, szerokie ulice i dużo zieleni. Wyglądało to przecudnie, jakbyśmy przenieśli się w inny, zupełnie nieafrykański świat. Byliśmy mocno zmęczeni, więc zwiedzanie było szybie, samochodowe tylko z paroma przystankami.

wydaje nam się, że w mniejszych miastach RPA bardziej dba się o zabytki

wydaje nam się, że w mniejszych miastach RPA bardziej dba się o zabytki

budynek z 1898 w centrum East London, nie wszystkie zabytki w RPA popadają w ruinę

budynek z 1898 w centrum East London, nie wszystkie zabytki w RPA popadają w ruinę

         

Najpierw piękną, widokową drogą zjechaliśmy w stronę oceanu indyjskiego, gdzie bezpiecznie zaparkowaliśmy. Chwilę popodziwialiśmy wybrzeże, następnie w tył zwrot i oglądamy największy chyba pomnik w mieście German Settlers Memorial. Kilka fotek i jedziemy dalej, lekko zdziwieni, że wszystko tu takie zadbane. Dalej nastawiliśmy naszą nawigacje na kolejny monument, niestety okazało się że jest on na zamkniętym terenie portowym więc skierowaliśmy się w stronę East London Museum, co wiązało się z przejechaniem przez centrum miasta. I tu powrót do rzeczywistości. Centrum jak w każdym innym mieście RPA, czyli sami czarni ludzie sprzedający wszystko co się da, dużo żebrzących, bezdomnych i włóczących się po drogach także. No i niesamowity korek, wszyscy trąbią na siebie i wpychają się sobie nawzajem. I oczywiście niebezpiecznie, co potwierdził nam później nasz host, a szkoda, bo w centrum widzieliśmy parę naprawdę ładnych budynków, które mimo iż nie są odnowione to zrobiły na nas bardzo pozytywne wrażenie, jednak zatrzymanie się tam, nie mówiąc już o wyciagnięciu aparatu, było raczej niemożliwe. Znowu smutna rzeczywistość, czyli połączenie czarnego centrum z białymi żyjącymi poza nim, często w ładnych domach, a nawet dużych willach. Jednak mimo to, miasteczko bardzo nam się spodobało, a jego niepowtarzalny klimat zdecydowanie działa przyciągająco.

piękne, piaszczyste plaże to jeden z atutów RPA

piękne, piaszczyste plaże to jeden z atutów RPA

błękitne niebo, zielone wzgórza, mała obecność ludzi po prostu raj na ziemi

błękitne niebo, zielone wzgórza, mała obecność ludzi, po prostu raj na ziemi

         

Wieczorem nasz gospodarz przygotował dla nas prawdziwego afrykańskiego grilla, zwanego braai. Bez niego, żadne towarzyskie spotkanie nie może mieć miejsca. Grilla rozpalał dość długo, cierpliwie sprawdzając temperaturę. Gdy w końcu położył mięso na ruszt, nasze burczenie w brzuchu sięgnęło zenitu, po czym okazało się, że temperatura jest za wysoka i mięso trzeba zdjąć. Cierpliwe czekaliśmy dalej. A było na co czekać. Najpierw jagnięcina, delikatnie przyprawiona, a potem specjalne tutejsze kiełbaski, które kupujemy surowe, ale już o konkretnym smaku. Te które mieliśmy okazję spróbować były wyborne. Do grilla oczywiście piwko, ale nie byle jakie. Wybraliśmy te, które polecały nam już wcześniej dwie osoby, mówiąc że jest to piwo, które pili przez całe studia, bo jest tanie i ma dużo procent (dokładnie 5,5%). I tym razem usłyszeliśmy te same słowa reklamowe, więc musieliśmy je spróbować. Dla mnie piwo jak piwo, ważne że było zimne.

Etap drugi – trasa z East London do George

Kolejny długi odcinek do przejechania, lecz tym razem z wieloma przystankami. Pierwsza połowa drogi to nudne trzy godziny poprzecinane robotami drogowymi, które wydłużyły nam czas podróży o ponad pół godziny. W końcu dojechaliśmy na pierwszy przystanek, jakim było miasto o ładnej nazwie Port Elizabeth.

King Edward Hotel to historyczny budynek przy samym Donkin Reserve

King Edward Hotel to historyczny budynek przy samym Donkin Reserve

pomnik w centrum St Georges Park, a przy nim odpoczywający pracownicy

pomnik w centrum St Georges Park, a przy nim odpoczywający pracownicy

         

Miasto całkiem spore, także ze stadionem piłkarskim wybudowanym na mistrzostwa świata w 2010 roku. Stadionów jednak się już naoglądaliśmy, więc ten przybytek postanowiliśmy ominąć. Już na wjeździe zauważyliśmy, że Port Elizabeth to coś w stylu East London, tylko znacznie większe, przez co mniej urokliwe. Jednak nadal niska, kolonialna zabudowa robi całkiem fajne wrażenie. Więcej tu też willi i innych bogato wyglądających domów, a do tego wszystkiego cała masa pół golfowych i pól do krykieta. Na pierwszy przystanek wybraliśmy zielone centrum miasta, czyli Park St Georges. Bardzo dobrze zagospodarowana przestrzeń, w której oprócz części rekreacyjnej z ławeczkami itp. znajdziemy także dwa pomniki. Pierwszy to Prince Alfred’s Guard Memorial, a drugi to War Memorial. Po krótkim spacerze po parku pojechaliśmy dalej. Nawigacja puściła nas oczywiście prze samo centrum miasta, które jak wszystkie inne centra w RPA wyglądało niebezpiecznie i korkowało się przez cały czas. Jak zwykle strach było wysiadać, jednak parę ładnych budowli, zupełnie tu niepasujących udało nam się wypatrzeć. W końcu dojechaliśmy do miejsca o nazwie Donkin Reserve&Pyramid. Zielony skrawek terenu, a na nim parę przejawów sztuki nowoczesne. Do tego jakiś pomnik oraz piękny widok na port i mamy atrakcję turystyczną. Tu znowu po wyjechaniu z centrum widok czarnych ludzi zastąpił widok białasów i nagle zrobiło się super turystycznie i bezpiecznie – nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać. Dalej przejażdżka wzdłuż wybrzeża z paroma przystankami na punktach widokowych. Kierowaliśmy się na cypel, gdzie miały na nas czekać pingwiny i latarnia morska. Wjazd na cypel okazał się płatny, a latarnia zamknięta, były jednak pingwiny, a dokładniej sanktuarium dla pingwinów, które oprócz ratowania tych zwierząt pełni też rolę edukacyjną, całkiem fajna atrakcja. Na cyplu wiało strasznie więc nie chciało nam się za bardzo kontemplować otoczenia i stwierdziliśmy, że jedziemy dalej.

Donkin Reserve to nie tylko pomniki i rzeźby ale też ciekawe mozaiki

Donkin Reserve to nie tylko pomniki i rzeźby ale też ciekawe mozaiki

ciekawa instalacja na Donkin Reserve w Port Elizabeth

ciekawa instalacja na Donkin Reserve w Port Elizabeth

kościół The Hill to ładna świątynia tuż obok Donkin Reserve

kościół The Hill to ładna świątynia tuż obok Donkin Reserve

dobrze utrzymany park w pobliżu centrum Port Elizabeth, miłe miejsce na odpoczynek

dobrze utrzymany park w pobliżu centrum Port Elizabeth, miłe miejsce na odpoczynek

ośrodek w Port Elizabeth nie tylko pomaga zwierzętom ale też edukuje

ośrodek w Port Elizabeth nie tylko pomaga zwierzętom, ale też edukuje

sławna latarnia morska w Port Elizabeth, niestety niedostępna dla zwiedzających

sławna latarnia morska w Port Elizabeth, niestety niedostępna dla zwiedzających

                         

Kierowaliśmy się dalej drogą N2 w stronę drogi Garden Route. Na wstępie powiem, że droga jak to droga, raczej szału nie ma, mimo iż naprawdę jest bardzo ładna. Dla mnie coś w stylu połączenia mazur z Bieszczadami, czyli płaskie mokre tereny przechodzące nagle w potężne zielone pagórki. Zdecydowanie bardziej polecamy tą drogę, jako przyjemną trasę widokową niż wcześniej opisywaną drogę panoramiczną, chociaż ta też miała swoje plusy. Tu rzeczywiście jest prześlicznie. Największą atrakcją są punkty widokowe, do których niestety trzeba dość mocno zjeżdżać z głównej trasy, co znacznie wydłuża nam podróż. Na dodatek punktów tych jest strasznie dużo, więc trzeba dobrze się zastanowić które chcemy zobaczyć. My wybieraliśmy trochę na chybił trafił i chyba każde miejsce do którego zjechaliśmy było tego warte.

takim widokiem oficjalnie zaczynała się Garden Route

takim widokiem oficjalnie zaczynała się Garden Route

w niewielu miejscach można spotkać tak charakterystyczny kolor skał

w niewielu miejscach można spotkać tak charakterystyczny kolor skał

         

Droga ogrodowa zaczyna się od miejscowości Stormsriver, my jednak pierwszy przystanek mieliśmy dopiero obok Bloukrans Bridge, tuż przy drodze N2. Ogromny most nad malutką rzeką. Widok nieziemski. Wokół atrakcji dużo lokalsów sprzedających rękodzieła i jedno z lepszych Bunggy Jumpów w okolicy. Niestety, nie mieliśmy czasu na takie zabawy, a szkoda, bo most wyglądał niesamowicie. Do następnego punku chcieliśmy trochę zjechać, ale droga okazała się zamknięta, więc jechaliśmy dalej. Kolejny zjazd zajął nam około 12 km w jedną stronę, na półwysep o nazwie Beacon Island. Tu także wstęp płatny, a do zwiedzania całkiem sporo. Najpierw idziemy na punkty widokowe, na jedną stronę półwyspu i na drugą, potem schodzimy skalistą ścieżką do małej jaskini o imiennie Nelson, potem na drugą stronę wypatrywać zatopionego wraku. Coś tam czarnego pod wodą widzieliśmy, jednak na taką atrakcję polecamy wybrać czas kiedy będzie odpływ. Ze spaceru do latarni zrezygnowaliśmy, wiało tak, jak chyba jeszcze nigdy w Afryce, masakra, a do tego byliśmy już lekko pod kreską z czasem więc musieliśmy się spieszyć.

stanąć na skałach o które rozbijają się fale oceanu to bardzo fajne uczucie

stanąć na skałach o które rozbijają się fale oceanu to bardzo fajne uczucie

wysoki wzgórza, zielone tereny i dzikie ptaki, tak wygląda południowe RPA gdy trochę oddalimy się od wybrzeża

wysoki wzgórza, zielone tereny i dzikie ptaki, tak wygląda południowe RPA gdy trochę oddalimy się od wybrzeża

         

Kolejny przystanek zaplanowaliśmy przy miejscowości Knysna. Jeśli kogokolwiek zapytacie o drogę ogrodową na pewno, usłyszycie tą nazwę i nic w tym dziwnego, bo jest tu co oglądać. Sama miejscowość przy trasie wrażenia nie robi, jednak jak zjedziemy 2km przed nią w stronę oceanu, zobaczymy piękne rozlewiska i sielskie domki, dosłownie jest tu jak w raju. Jedziemy wąskimi uliczkami i podziwiamy okolicę. To chyba pierwsza miejscowość, gdzie ludzie nie mają płotów, więc można wywnioskować, że jest tu bezpiecznie. Dojeżdżamy do punktu widokowego Heads Lookout. Widzimy ujście rzeki pomiędzy skałami. Punkt taki sobie, ale przejechać tymi terenami naprawdę warto.

Garden Route to nie tylko wysoki klify ale też ładne, zielone rozlewiska

Garden Route to nie tylko wysokie klify, ale też ładne, zielone rozlewiska

w miejsca odwiedzanych tłumnie przez turystów nie mogło zabraknąć stoisk z pamiątkami

w miejscach odwiedzanych tłumnie przez turystów nie mogło zabraknąć stoisk z pamiątkami

         

Dalej już tylko oglądanie natury zza okien samochodów. Drogę ogrodową przerywamy w miejscowości George i odbijamy spory kawałek w stronę Prince Albert do miejscowości Oudtshoorn, gdzie czekają na nas kolejne drogi wspinaczkowe. Tam spędzamy jeden dzień, żeby ponownie wrócić na drogę panoramiczną.

Etap trzeci – trasa z George do Hermanus

Jadąc ze wspinania do George zahaczyliśmy jeszcze parę punktów widokowych. Tereny tu są naprawdę ładne, więc jak widzimy coś ciekawego na mapie, to aż szkoda tam nie zajeżdżać. Ponownie wjechaliśmy do miejscowości George, która raczej przypomina kurort wypoczynkowy niż afrykańskie miasteczko, dlatego przejazd przez nią był bardzo miły. Dalej skierowaliśmy się na ostatni z punktów drogi ogrodowej – Mossel Bay. Urocze miasteczko z obowiązkowymi miejscem widokowym na końcu cypelka. Widok jak zawsze ładny, jednak zaskoczeniem dla nas był fakt, że nie wieje. To chyba pierwsze miejsce na wybrzeżu oceanu indyjskiego, gdzie jest tak spokojnie i nie ma wkurzającego wiatru.

skaliste wybrzeże okolic miasteczka Mossel Bay

skaliste wybrzeże okolic miasteczka Mossel Bay

pozostałości dawnej linii kolejowej także oglądać na Garden Route

na Garden Route można także oglądać pozostałości dawnej linii kolejowej

         

Dalsza droga, mimo iż nadal ładna, nie zawierała żadnych miejsc pt. must see, dlatego przemierzyliśmy ją bez zatrzymywania się aż do przepięknej winnicy o nazwie Creation. Zachodni półwysep słynie z wielu tego typu miejsc i odwiedzenie przynajmniej jednego z nich uznać można za obowiązkowe. My wybraliśmy tą, która była nam najbardziej pod drodze. Niestety wycieczki z przewodnikiem po polach winorośli odbywają się tylko w ściśle określonych godzinach, na które zresztą trzeba się umawiać, ale za to degustacja była jak najbardziej dostępna. Pani przedstawiła nam całą kartę win, które możemy spróbować i to za darmo. Do tego parę pozycji specjalnych, które próbuje się za niewielką opłatą. Usiedliśmy przy dużym stole, przeznaczonym jedynie do degustacji, widok z okien restauracji przepiękny i jedzenie chyba też dobre, bo mimo olbrzymich cen posiłków pomieszczenie pełne było jedzących ludzi. Pani, co chwile zmieniała nam kieliszek i polewała kolejny trunek o którym całkiem sporo opowiadała. Spróbowaliśmy wielu rodzajów win, oczywiście w większości tych darmowych, dzięki czemu poznaliśmy wiele nowych smaków, zwłaszcza win białych których na co dzień nie pijemy (Sauvignon Blanc bardzo przyjemny). Jednak i tak mi najbardziej przypasował klasyczny Merlot, a Tomkowi nowopoznany Sumac Grenache.

krzaki winogron, pagórki i woda, cudowny widok częsty w Western Cape

krzaki winogron, pagórki i woda, cudowny widok częsty w Western Cape

winnice które można zwiedzać usytuowane są w bardzo urokliwych miejscach

winnice, które można zwiedzać usytuowane są w bardzo urokliwych miejscach

         

Od winiarni dzieliło nas już zaledwie kilkanaście kilometrów do miejscowości na dziś docelowej. Hermanus to mała mieścina, rozreklamowana jako świetne miejsce do obserwacji wielorybów. Szybko zostawiliśmy rzeczy w miłym, backpackerskim hosteliku i ruszyliśmy wypatrzeć jakieś okazy. Dobrze przygotowany deptak, pozwala miło spacerować wzdłuż wybrzeża, jednak wieloryby chyba się przed nami pochowały. Bardzo z tego powodu nie rozpaczaliśmy i szybko wróciliśmy do naszej noclegowni, nacieszyć się urokami basenu.

w Hermanusie spotkaliśmy sporą kolonie świstaków

w Hermanusie spotkaliśmy sporą kolonie świstaków

Hermanus to spokojne miasteczko, znane z punktów obserwacji wielorybów

Hermanus to spokojne miasteczko, znane z punktów obserwacji wielorybów

małe dzieci, nie skrępowanie zażywały kąpieli

małe dzieci, nie skrępowanie zażywały kąpieli

Hermanus to spokojne miasteczko z niską zabudową, w którym czuliśmy się w miarę bezpiecznie

Hermanus to spokojne miasteczko z niską zabudową, w którym czuliśmy się w miarę bezpiecznie

                 

Etap czwarty – trasa Hermanus do Cape Town

Trasa niedługa, więc spokojnie zdążyliśmy się rano wyspać. Wybraliśmy drogę wzdłuż wybrzeża, z nadzieją, że może jednak ujrzymy jakiegoś wieloryba pluskającego się gdzieś przy brzegu. Wielorybów nie było, jednak cała masa pingwinów wynagrodziła nam ich brak. Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie w punkcie widokowym o nazwie Stony Point w miejscowości Betty’s Bay. Tam oglądaliśmy pingwiny z odległości mniejszej niż metr. Każdy inny, każdy zajęty swoimi sprawami, fajnie było na to popatrzeć. Kiedy więc dotarliśmy do Boulders Beach, czyli tym polecanym wszędzie miejscem do oglądania właśnie pingwinów, tłum ludzi, brak miejsca na parkingu i dodatkowa opłata, skutecznie odstraszyła nas od wysiadania z samochodu i po raz kolejny oglądania tych zwierząt.

kolonia pingwinów żyjąca na wolności w okolicy miasteczka Hermanus

kolonia pingwinów żyjąca na wolności w okolicy miasteczka Hermanus

możliwość poobserwowania tych ptaków na wolność to bardzo fajne doświadczenie

możliwość poobserwowania tych ptaków na wolności to bardzo fajne doświadczenie

         

Punktem obowiązkowym w tej części kraju jest Przylądek Dobrej Nadziei. Jak chyba większość przylądków w RPA, ten także jest parkiem narodowym, a wjazd na niego jest dość sporo płatny. Na pierwszy rzut wybraliśmy oczywiście Cape Point z latarnią i wąską ścieżką na sam koniec cypelka. Samo wybrzeże skaliste i całkiem ładne, no i w końcu można było rozprostować nogi i się troszkę przejść. Drugie odwiedzane miejsce to Cape of Good Hope, czyli najbardziej na południowy zachód wysunięty kawałek Afryki. Przejeżdżając przez cypel zatrzymaliśmy się jeszcze w paru miejscach widokowych.

małpy panoszą się po Cape Point, czasem podkradają turystą jedzenie

małpy panoszą się po Cape Point, czasem podkradają turystą jedzenie

widok na latarnie morską usytuowaną na samym końcu cypla Cape Point

widok na latarnie morską usytuowaną na samym końcu cypla Cape Point

pomnik upamiętniający przybycie w to miejsce Vasco da Gamy podczas jego podróży do Indii

pomnik upamiętniający przybycie w to miejsce Vasco da Gamy podczas jego podróży do Indii

najbardziej na południowy-zachód wysunięty punkt kontynentu afrykańskiego, coś nam tu jednak nie pasuje

najbardziej na południowy-zachód wysunięty punkt kontynentu afrykańskiego, coś nam tu jednak nie pasuje

                 

Prawdą jest, że po paru dniach samochodowego zwiedzania, mieliśmy już tego troszeczkę dosyć. Ile można siedzieć w aucie i to na dodatek w palącym słońcu Afryki. Owszem widoki ładne i warto było zrobić tą trasę, ale już wystarczy. Dlatego pewnie widoki nie cieszyły nas już tak bardzo, jak na początku i mimo, iż jeszcze nie raz zatrzymywaliśmy się w przydrożnych zatoczka żeby zrobić parę fotek, to chcieliśmy już po prostu dojechać do Cape Town.

ciężkie niebo i mnóstwo chmur towarzyszyło nam podczas wyprawy na Cape Point

podczas wyprawy na Cape Point towarzyszyło nam ciężkie niebo i mnóstwo chmur

Cape Point to nie tylko morze i klify ale także różnorodna i kolorowa roślinność

Cape Point to nie tylko morze i klify ale także różnorodna i kolorowa roślinność

         

Na koniec wybraliśmy jeszcze płatny odcinek drogi, która miała być niesamowitym przeżyciem i pokazać nam kolejne cudne krajobrazy. Champan’s Peak Drive to droga z widokiem na Hout Bay, biegnąca stromym zboczem, a jakby tego było mała charakteryzująca się stu czternastoma zakrętami, czyli przejażdżka bardzo widowiskowa. Wjechaliśmy w końcu do Cape Town. Nie mieliśmy jednak ochoty na zwiedzanie miasta, więc tylko przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża oglądając sławne, plaże i deptaki. Miasto wyglądało jak typowo Europejski kurort. Szeroka promenada, dużo knajpek, masa hoteli. Wiedzieliśmy, że będzie tu mało afrykańsko, ale nie sądziliśmy, że aż tak. Od jutra zaczniemy zwiedzanie tego miejsca, dziś jednak wystarczy nam tylko jego pierwsze wrażanie.

droga u podnóża Chapmans Peak, widok niesamowity

droga u podnóża Chapmans Peak, widok niesamowity

szczyty wzniesień w chmurach to częsty widok w Western Cape

szczyty wzniesień w chmurach to częsty widok w Western Cape

         

Podsumowując naszą wycieczkę, to cieszymy się, że zrobiliśmy tą trasę. Krajobraz nam się zmieniał i widzieliśmy wiele różnych pejzaży i ciekawych scenerii, które zrobiły na nas mega wrażenie. Jednak siedzenie w samochodzie tyle godzin, nie należy do moich ulubionych czynności, dlatego pod koniec nie cieszyło mnie to już tak bardzo. Niestety innej możliwości odwiedzenia tych miejsc nie było. Pewnie, że wolałabym to zrobić np. jadąc rowerem wzdłuż wybrzeże, ale na to potrzebowałabym paru tygodni, a tyle czasu nie miałam. Na początku rozważaliśmy też autobus. Nie ma tu konkretnych połączeń, ale jest autobus turystyczny. Niestety jego cena znacznie przewyższa koszty wypożyczenia samochodu, nawet tylko przy dwóch osobach, więc szybko odrzuciliśmy tą opcję. Ciekawe jaki wy macie plan na zwiedzanie południowego wybrzeża Afryki.

październik 2016

Kliknijcie w poniższą reklamę, przybliży to naszą następną podróż Dziękujemy! 🙂

  • Julia Pałka

    ciekawy blog i przepiękne zdjęcia 🙂

    • http://tourandclimb.pl TourAndClimb

      Dziękujemy 🙂

  • http://justpointofview.weebly.com justpointofview.weebly.com

    Niesamowite widoki! RPA jest jednym z wielu punktów na liście naszych podróżniczych marzeń 🙂

    • http://tourandclimb.pl TourAndClimb

      Trzymamy kciuki żeby to marzenie jak najszybciej się spełniło 🙂

  • http://www.fistaszkowelove.pl/ Fistaszkowe Love

    zazdroszczę tych podróży, tych pięknych widoków i wspaniałych przeżyć. Cudownie!!

  • http://okiemmaleny.pl M.Malena

    Niesamowite to zdjęcie zielonych wzgórz, a właściwie gór i tej bryzy morskiej rozbijającej się o skały. O jak brakuje mi Słońca. !!

    • http://tourandclimb.pl TourAndClimb

      oj nam już także go brakuje 😉

  • http://mintelegance.blogspot.com Angelika

    piękne widoki:)

  • http://www.liliess.net LiLi Ess

    Obszerny materiał .. ale pochłonęłam go zanim zobaczyłam dno filiżanki porannej kawy. Świetna sprawa to RPA i bajeczne zdjęcia.

    • http://tourandclimb.pl TourAndClimb

      Dzięki 🙂 dużo tam ciekawych rzeczy to i artykuł wyszedł dość spory, cieszę się, że umilił Ci poranną kawę 🙂

  • http://antonita.pl Antonina | antonita.pl

    Świetna, obszerna relacja! No i te widoki, które mieliście po drodze… Piękne!

    • http://tourandclimb.pl TourAndClimb

      Dziękujemy 🙂

  • http://dwarfcrypt.blogspot.com/ Michał Kucharski

    Gratuluję znakomitej wyprawy- a relacja i zdjęcia miodzio!

    • http://tourandclimb.pl TourAndClimb

      Dziękujemy 🙂